|
::asia-blogtrotter:: |
|
księga gości 2007 lipiec 2005 październik czerwiec maj kwiecień luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec |
ojojoj ojojoj asia-blogtrotter 2007-07-04 21:39:31 skomentuj (1) Popatrzec tez dobra rzecz... Nie wiem, nie wiem, kiedy wreszcie wstawie gawede o Indonezji. Poki co, mozecie sobie chociaz popatrzec. A my tymczasem jestesmy w Wietnamie. asia-blogtrotter 2005-06-08 12:53:51 skomentuj (12) Indonezja - rejs Flores to miejsce najbardziej oddalone na poludnie od Poslki. Ruszajac w droge powrotna z Flores rozpoczynamy zarazem powrot do domu. Bedzie on co prawda trwal jeszcze kilka miesiecy... Pierwszy etap powrotu to trzydniowy rejs lodka z Flores na Lombok. Plyniemy!!! ![]() To nasza lodz. Pod czerwona folia znajduje sie nasza sypialnia, pod niebieska salon i jadalnia, czyli pokoj dzienny. ![]() Nasi towarzysze podrozy. Od lewej - Serge z Francji, Ralph z Niemiec, Chris ze Stanow. Oprocz nich jeszcze jest Francuz Chris, pewnie drzemie w hamaku, drugi Amerykanin, Ken, no i Marek. ![]() No i oczywiscie zaloga - kucharz, kapitan i dwoch pomocnikow kapitana. Dwoch przedstawicieli zalogi szykuje nas do cumowania. ![]() Na lodce jedlismy, ![]() i pilismy. ![]() Plynelismy dzien i noc. ![]() Podziwialismy zachody slonca. ![]() Piekne... ![]() A troskliwa zaloga wciaz pracowala. ![]() A potem znowu byl dzien. ![]() Czasem zatrzymywalismy sie, zeby zwiedzac,np na wyspie Komodo. Na zdjeciu szukamy oslawionych smokow Komodo. Na wypadek, jakby sie mialy znalezc, mamy kije. ![]() Co tu takiego ciekawego? ![]() Calkiem ladna ta wyspa Komodo. ![]() O, jest smoczek. ![]() O, jeszcze kilka. ![]() asia-blogtrotter 2005-06-08 12:39:54 skomentuj (0) Indonezja - od Sumatry do Flores Ide do bardzo fajnego samolotu Jataya Airlines. Polecimy nim z Sumatry na Jawe,do Jakarty. Podczas lotu beda nam z sufitu spadac na glowe i kolana prusaki. ![]() Demonstracja studentow przeciw podwyzkom ceny benzyny. Zwracaja na siebie uwage szczegolnie aktywne studentki. ![]() Niezwykle malowniczy wulkan Bromo o swicie. Wulkan uwaza sie za nieaktywny. Ciekawe jak w takim razie zachowuje sie, kiedy jest aktywny? ![]() Bromo - spacerem wokol krateru. ![]() Bali. Ciagle pada. Asfalt ulic jest dzis sliski jak brzuch ryby... ![]() Jak to bywa w Hinduizmie, na Bali ciagle cos swietuja. Nie przeszkadza im nawet deszcz. ![]() Przyda sie tez gong.Jest wrecz niezbedny. ![]() Soczystozielone tarasy pol ryzowych. ![]() Indonezyjskie pejzaze ![]() Indonezyjskie wybrzeza. ![]() Z wyspy na wyspe najczesciej przemieszczalismy sie promem. ![]() Znowu bedziemy plynac ![]() Tradycyjna wioska na wyspie Flores. ![]() Jedno z trzech roznokolorowych jeziorek w Kelimutu. Tak kuszaco wyglada, a podobno woda w nim jest zraca. Nie zaleca sie kapieli. ![]() Kelimutu. Punkt widokowy na trzy jeziorka, gdzie wraz z zaprzyjazniona para dunsko-norweska sycimy sie widokami i zabawiamy rozmowa. ![]() Na Flores prawie wszyscy sa Katolikami. Nic dziwnego, ze procesja w Wielki Piatek przyciaga takie tlumy. Pierwsza czesc odbywa sie na wodzie. Za plynaca z przodu lodka z figurka malego Jezusa sciagaja sie male lodki. Duze lodzie, z dzikim tlumem pasazerow kazda, plyna obok; mimo deszczu wszyscy wytrwale obserwuja. ![]() To juz procesja na ladzie. Wszyscy w czerni. W koncu to Wielki Piatek. ![]() Z tylu kobiety. ![]() asia-blogtrotter 2005-06-08 11:14:02 skomentuj (1) Laos blues - wersja dla wzrokowcow Zegnamy sie z Tajlandia - stad juz rzut beretem do Laosu ![]() Wybrzeze Mekongu ![]() Ruszamy w nasz pierwszy, dwudniowy rejs po Mekongu ![]() O, juz plyniemy. ![]() Mekong piekny jest ![]() A to juz zajezdnia. Tu lodki beda nocowac. ![]() Ten apetycznie wygladajacy robaczek byl na dnie butelki, z ktorej poczestowano nas wodka ![]() A to juz pierwszy spacer po Luang Prabang. Taki sobie sklepik. ![]() I uroczy nocny market. ![]() Poranny przemarsz mnichow przez miasteczko. ![]() O, udalo sie! Troche ryzu na sniadanko. ![]() Luang Prabang, jak wspominalam, sprawia wrazenie ladnej miejscowosci wypoczynkowej. ![]() A tak wygladaja laotanskie swiatynie ![]() I jeszcze jedna swiatynka w Luang Prabang. ![]() Za chwile czeka nas pierwsza podroz ladowymi srodkami transportu. ![]() Glowna i zarazem jedyna droga w wiosce Muang Ngoi Neua ![]() A tu, w tym srodkowym domku Marek udawal, ze ma malarie, a ja rwalam wlosy z glowy... ![]() Wodne bawoly tez niezbyt przepadaja za upalem. Ale za to lubia sie kapac. ![]() A to spokojne Vientiane ![]() Male ognisko z okazji jakiegos blizej niezidentyfikowanego swieta przed jedna ze swiatyn w Vientiane. ![]() Buddha Park, jak widac nie tylko dla Buddy. ![]() Relaks na Mekongu - Si Phan Don ![]() Laotanski wypoczynek: potwor w hamaku ![]() asia-blogtrotter 2005-06-07 13:35:47 skomentuj (1) Laos 2 Vientiane Poczatkowo planowalismy ominac Vientiane - tyle sie naczytalismy w relacjach innych podrozujacych, jakie to Vientiane nieciekawe i nieladne. Jednak ze wzgledu na niedostatek drog w Laosie, jadac z polnocy na poludnie nie bardzo da sie ominac Vientiane. A poza tym to stolica, zobaczymy chociaz, jak wyglada. Vientiane okazuje sie calkiem sympatyczne. O ile Luang Prabang przypomina miejscowosc letniskowa, Vientiane przywodzi na mysl male nadmorskie miasteczko. Miasto polozone jest nad majestatycznym Mekongiem, wzdluz ktorego poustawiane sa stoiska z jedzeniem, stoliki, parasole... A po drugiej stronie rzeki Tajlandia. Wiele wientianskich ulic, w samym nawet centrum, jest niewyasfaltowanych - gdy swieci slonce stopy przechodniow pokrywaja sie czerwonawym pylem, a gdy pada deszcz cienka warstwa cieplego blotka. Niewysoka, na ogol dwu-trzypietrowa zabudowa, kawiarenki, restauracyjki i piekarnie o francuskich nazwach; tylko swiatynie sa duze. Ogladamy jedna z nich - najstarsza ze swiatyn w Vientiane Wat Si Saket. To jedna z najladniejszych laotanskich swiatyn, chociaz i w Luang Prabang niejedna piekna swiatynie widzielismy. W wygladajacych jak swiezo zbudowane swiatyniach tajskich, z wykladzina dywanowa na podlodze, zdjeciem krola i zlotymi zawsze podobnymi posagami Buddy jakos nie potrafilam poczuc, ze oto znajduje sie w jakims szczegolnym miejscu. W swiatniach laotanskich, czesto zakurzonych i pokrytych pajeczynami, z zewnatrz wygladajacych troche niczym duze, wiejskie koscioly znowu odnajduje ten nieuchwytny czar. Jedziemy 24 km za miasto obejrzec Xieng Khuan, zwane rowniez "Buddha Park", gdzie na niewielkiej powierzchni zgromadzono duze i wielkie posagi Buddy oraz bostw hinduistycznych, wszystkie wzniesione w 1958 roku przez mlodego jogina, kaplana i szamana w jednym. W roku 1975 w zwiazku z rewolucja zmuszony byl opuscic Laos i osiedlic sie w Tajlandii, gdzie zyje do dzis. Jadac do Buddha park mijamy punkt graniczny z Tajlandia - most przyjazni, na ktorym nastepuje zmiana ruchu z laotanskiego prawostronnego na tajski lewostronny. Nie widzimy samego mostu, nasz autobus tam nie dojezdza, ale widac punkty kontroli granicznej, na ktorej powiewa laotanska flaga - wzdluz gornej i dolnej krawedzi dwa czerwone pasy symbolizujace odwage i heroizm. Pomiedzy nimi niebieskie tlo - symbol patriotyzmu, a posrodku biale kolo oznaczajace swiatlo komunizmu... Obok lopoce flaga z dobrze znanym nam symbolem - na czerwonym tle sierp i mlot. Miedznarodowa flaga komunistyczna, przypominajaca nam, iz wladza w Laosie sprawowana jest przez Laotanska Rewolucyjna Partie Ludowa, ktorej glownym dazeniem jest dyktatura proletariatu. Te czerwona flage widujemy w Laosie dosc czesto. Ponoc jednak slowo "komunizm" nie wystepuje w zadnych rzadowych dokumentach ani nawet w laotanskiej konstytucji, a sierp i mlot na poczatku lat dziewiecdziesiatych zostaly usuniete z narodowej pieczeci. Rowniez nie spotkamy tu nigdzie posagow Marksa ani Lenina, tak popularnych w wielu innych krajach komunistycznych. Vientiane rowniez chyba zawsze bedzie mi sie kojarzyc ze znakomita jajecznica z czerwonymi mrowkami na sniadanie. Gdy dostrzeglam pierwsza mrowke na swoim widelcu pomyslalam, ze to mala wpadka, przypadek. Jednak kolejne smazone mroweczki pogrzebane w kazdym kawaleczku jajecznicy na moim talerzu jakos zupelnie odebraly mi apetyt. Pozniej jeszcze parokrotnie w naszych daniach natrafiamy na te niewinne ofiary cieplnej lub mechanicznej obrobki zywnosci - smazone, gotowane, lub tez, jak mi sie wydaje, zmiksowane w shakach, co znacznie ostudzilo moj shakowy zapal - skad mam przeciez wiedziec, czy czarne drobinki w bananowym shaku to jakies kawalki ze skorki od banana, czy to raczej mrowcze nozki, korpusik albo czulki? I jak tu spokojnie jesc? Tylko swiezo otwarte Beerlao i Coca Cola sa w pelni ant-free... Z Vientiane czeka nas podroz na poludnie Laosu. Mamy zamiar odbyc ja autobusem publicznym. W przeddzien wyjazdu widzimy, jak taki autobus odjezdza z dworca; rozmawiamy z kierowca i dowiadujemy sie, ze jutro autobus odjezdza o tej samej godzinie. Nastepnego dnia rano przychodzimy na dworzec, by kupic biety, ale pan w okienku informuje nas, ze beda sprzedawane dopiero od piatej. Przychodzimy, tym razem juz z calym bagazem, o piatej i co sie okazuje? Dzisiaj autobusu nie ma. Chyba sie zepsul, o ile dobrze rozumiemy mysl, ktora stara sie nam przekazac pan z okienka. Coz, na szczescie jest jeszcze autobus turystyczny, znacznie drozszy, ale nie mamy za bardzo wyboru. Odjezdza za dwie godziny. Na poludnie Autobus turystyczny, trzeba mu to przyznac, jest bardzo wygodny; tak wygodny, ze Anglicy za nami jekliwymi glosami skarza sie, ze za wygodny, oni sie juz odzwyczaili... Ruszamy. Kierowca wlacza wideo. Mozemy sobie poogladac karaoke. Od Birmy na wschod, jak Azja Poludniowo-Wschodnia dluga i szeroka, teledyski karaoke bija wszelkie rekordy popularnosci, przynajmniej w dalekobieznych autobusach. Sa to na ogol teledyski z mini-fabula o milosnej tematyce, oczywiscie. Lwia czesc aktorskiej gry sprowadza sie do patrzenia ze smutna mina w drzewo, strumien, przed siebie, lub na siebie nawzajem. Czasami po zdjetej tragiczna melancholia twarzy aktora lub piosenkarza stoczy sie sztuczna lza. Niejednokrotnie smutek zwiazany jest z pojawieniem sie rywala lub rywalki. Bywaja rowniez teledyski radosne, gdzie piosenarz / aktorzy patrza sie w wybrany punkt z mina niebiansko rozanielona, co ma odzwierciedlac milosny blogostan duszy. W koncu teledyski wymagajace chyba najwiekszego aktorskiego kunsztu - tu aktorzy krzycza na siebie, awanturuja sie, a czasami nawet sie siluja, jakby mieli sie zaraz pobic. Na koncu godza sie lub, nieszczesliwi, rozchodza sie w rozne strony. Przykladem takiej malej milosnej opowiesci moze byc teledysk o sprzedawczyni napojow w foliowych woreczkach: Mlode dziewcze sprzedaje wspomniane napoje z duzych plastikowych pojemnikow stojacych na jeszcze wiekszym drewnianym wozku. Podjezdza elegancki woz. Kierowca spuszcza szybe - ach! to piekny mlodzian - nad ustami sypie sie niesmialy was, na czolo spada kuszacy czarny lok, a ciemne okulary ach! jeszcze dodaja mu uroku. Dziewcze, zapatrzone, usmiechniete, podaje mu foliowy woreczek ze slomka wypelniony sztuczna zielona oranzadka. Teraz kamera na chwile opuszcza ulice, dziewcze i mlodziana, by pokazac wijaca sie przed mikrofonem piosenkarke. Gdy znowu jestesmy przy wozku z napojami mlodzian pomaga dziewczeciu - razem sprzedaja napoje w foliowych woreczkach. Dziewcze sie cieszy, mlodzan sie cieszy. Ale oto juz kolejna scena. Dziewcze prowadzi swoj wozek ulica, przechodzi kolo restauracji i widzi mlodziana na randce z piekna, elegancko ubrana inna dziewczyna. W dodatku, owa dziewczyna wychodzi na chwile z restauracji i kupuje u nasej bohaterki jedna oranzadke. Nasza bohaterka nie wytrzymuje napiecia psychicznego - podchodzi do siedzacego przy restauracyjnym stoliku mlodziana i wscieklym gestem stawia przed nim woreczek z napojem. A on? Oczywiscie, udaje ze nie wie o co chodzi i tyko obojetnie wzrusza ramionami. Przygnebione dziewcze wraca do swojego wozka. Pcha go przed soba powoli, jakby nagle stal sie strasznie ciezki... Znika w oddali. Koniec teledysku. Oprocz uniwersalnych teledyskow milosnych, obejrzec mozna rowniez wideoklipy specyficzne dla danego kraju - w Mianmarze sa to nagrania z koncertow, gdzie wychodzi piosenkarz/piosenkarka na scene, dostaje bukiet kwiatow i trzymajac je w lewej rece, a mikrofon w prawej, odspiewuje swoje, dramatycznie sie przy tym marszczac. W Laosie duzo jest teledyskow o tematyce alkoholowej, wiekszosc chyba w tonie "alkohol wrogiem szczescia twojego i twojej rodziny". Widzimy wiec, jak mezczyzna upija sie z kolegami, kieliszek po kieliszku robi coraz dziwniejsze miny, a pozniej, zataczajac sie, udaje sie do domku na palach gdzie mloda zona z dzieckiem na reku placze, a tesciowa traktuje go drewnianym walkiem po glowie. Pare scen pozniej widzimy jak nasz bohater, tym razem juz trzezwy, chyli przed tesciowa czola, caluje ja po rekach, wyraznie obiecujac, ze wiecej juz nie bedzie pil. Zadowolona tesciowa pokrzepiajaco klepie bohatera po plecach. Co jakis czas ten watek przerywa obraz podrygujacej, intensywnie wymalowanej piosenkarki. Wszystkie teledyski oczywiscie z tekstem, zeby kazdy mogl pospiewac, o ile zna alfabet - birmanskie koleczka, tajskie prostokaciki, laotanskie woreczkopodobne znaczki... O swicie dojezdzamy do miasta Pakse, gdzie przesiadamy sie do szczelnie wypelnionego ludzmi pickupa. Zanim opuszczamy Pakse, pickup zatrzymuje sie jeszcze przy bazarku, gdzie pasazerowie robia zakupy. Kierowca proponuje, zebysmy kupili na targu kawe - Laos slynie z dobrej kawy. Razem z kierowca ide wiec przez bazarek. Moj wzrok przyciagaja rozne dziwne zyjatka wodne nadziane na patyk i upieczone. Bueee! Troche mi niedobrze. Ach te przyzwyczajenia! A niechybnie zyjatka sa bardzo zdrowe i pewnie tez smaczne. W kazdym razie Laotanczycy - dzieci, mezczyzni, kobiety i starcy zajadaja sie nimi ze smakiem. Nielepiej wygladaja zywe, brunatnozielone zaby sprzedawane w wielgachnych, metalowych miskach wypelnionych po brzegi ruszajacym sie towarem. Jak sie domyslam, rowniez w celach konsumpcyjnych. Dobrze, ze przynajmniej tu nie ma smazonych prusakow, takich jak w Bangkoku. W Laosie ich jednak nie brakuje - czesto, podczas naszych przejazdow, gdy zatrzymuje sie nasz autobus, do okien podbiegaja panie z wielkimi tacami usmazonych na chrupko prusakow, przetykanych papryczkami chili. Mniam, mniam, smacznego! Ale wrocmy na bazarek. Docieramy do stoiska z jedzeniem. Kierowca pickupa zamawia dwie kawy na wynos. Dostaje dwa plastikowe woreczki z kawa-siekierka, smaczna, ale bardzo mocna, oraz jedna torebke z herbata. Nie, to nie pomylka; widze, ze inni, ktorzy zamawiaja kawe, tez dostaja herbate. Widocznie Laotanczykom kofeina dobrze laczy sie z teina. Dojezdzamy pickupem do rzeki, przeprawiamy sie promem na druga strone, do wioski Champasak, gdzie juz czeka na nas wlasciciel guesthousu, ktory polecil nam kierowca. Zabiera nas tuk-tukiem do siebie. Bardzo dobrze mowi po francuski i ciagle sie smieje. Pewnie dlatego nie brakuje mu gosci. A moze sie smieje, bo nie brakuje mu gosci? W kazdym razie smieje sie, niemal bez przerwy. W Champasak zatrzymalismy sie, zeby zobaczyc ruiny swiatyni z VI wieku, podobno bardzo ciekawe. W naszym guesthousie pozyczamy rowery i ruszamy. Jedziemy 8 kilometrow, szosa wiodaca przez male, spokojne wioski. Po prawej drewniane domy na palach, po lewej drewniane domy na palach. Czasem krowa, czasem wol, czasem drewniany sklepik; co jakis czas swiatynia o bialych scianach. Na ulicach ani zywej duszy. Wszyscy pochowali sie przed upalem i tylko my pedalujemy przez swiat wyciskajac z siebie siodme poty. Sama swiatynia troche nas rozczarowuje, rozpadajace sie ruiny, glownie kawalki gladkich scian i porozrzucane wokol kamienie. Zwiedzamy, wdrapujemy sie po wysokich kamiennych schodach, zwiedzamy. Schodzimy, odswiezamy sie zmiksowanym z lodem sokiem pomaranczowym i ruszamy w droge powrotna. Powoli zapada zmierzch, zrobilo sie troche chlodniej i nagle okazuje sie, ze tu calkiem duzo ludzi mieszka! A kazdy do nas macha i wola "Hello Mister!", "Hello Lady!". Z Chamapasak ruszamy do Si Phan Don, czyli czterech tysiecy wysp. To miejsce na samym poludniu Laosu i zarazem ostatnie, jakie odwiedzimy w tym kraju. Pozniej zamierzamy przeprawic sie do Kambodzy. Dwoma autobusami, a pozniej lodka dostajemy sie na spokojna wysepke Don Khon. Wybieramy ja, poniewaz, sadzac po opisie, jest najspokojniejsza, najmniej turystyczna posrod tutejszych wysp. Rzeczywiscie, gdy dojezdzamy, szybko dowiadujemy sie czemu tu tak spokojnie - prawie w ogole nie ma tu guesthousow - ze trzy drogie hotele, piec tanich chatek nad woda i kolejne trzy chatki z dala od Mekongu. Poza tym ze cztery restauracyjki, jedna swiatynia, domy mieszkancow wyspy. Zamieszkujemy w jednej z chatek nad rzeka i leniwie spedzamy czas - lezac w hamaku, pijac shaki i beerlao, patrzac na rzeke, patrzac z naszej oslonietej malej werandki na deszcz, ktory co jakis czas pada. Czasem spacerkiem przemierzamy wyspe. Nie ma tu pradu, wiec wieczorami kladziemy sie wczesnie spac. Mielismy tu zostac trzy dni, ale chyba tyle tu nie wytrzymamy. Ile w koncu mozna lezec w hamaku? Jako ze Julie, Amerykanka z ktora umowilismy sie na wspolne przejscie granicy z Kambodza juz przyjechala, postanawiamy opuscic Laos dzien wczesniej. W nocy budza mnie bole brzucha, mdlosci i boli mnie glowa. Pewnie sie czyms przytrulam. A przed nami caly dzien podrozy! I co to bedzie?! asia-blogtrotter 2005-05-30 14:34:22 skomentuj (0) Laos, chaos Laos, Laos, wkradl sie w bloga maly chaos. W kazdym razie napisalam co nieco o Laosie i co nieco o jezyku Indonezyjskim. A do nastepnego razu uda mi sie mam nadzieje uzupelnic Indonezje i opisac ponowne odwiedziny w Malezji i Tajlandii. A my juz jestesmy w Kambodzy! asia-blogtrotter 2005-05-24 16:50:08 skomentuj (3) Laos 1 - Hans wita w Indochinach Zegnamy sie z Tajlandia. Opusciwszy tajska kontrole graniczna przechodzimy przez majestatyczna brame z napisem "Welcome to Indochina" i schodzimy nad wybrzeze Mekongu. Ta, jak sie niebawem przekonamy, pelna zdradliwych wirow i pradow rzeka, plynie wdluz prawie calej granicy miedzy Tajlandia i Laosem. By wydostac sie do Tajladii wystarczy sie przeprawic przez Mekong - po rewolucji w 1975 roku, gdy komunisci przejelli wladze w Laosie i nastala epoka obozow reedukacyjnych i wiezniow politycznych wlasnie tedy uciekali liczni Laotanscy uchodzcy. Waska lodka kilkunastu pasazerow przewozi na strone laotanska, do przygranicznego miasteczka o wdziecznej nazwie Huay Xai. Wypelniamy niesmiertelne formularze i dostajemy czternastodniowa wize. Teraz czeka nas rejs Mekongiem na poludnie i potem na wschod, do Luang Prabang. Mozna sie tam dostac plynacym szesc godzin speedboatem. Nie decydujemy sie na te opcje przede wszystkim ze wzgledow bezpieczenstwa - jak sie taki rozpedzony speedboat rozbije o skaly (a zdradliwych, ostrych skal na Mekongu nie brakuje) pasazerowie zostaja z impetem wystrzeleni na cztery strony swiata i smiem watpic czy na cos sie zdadza kamizelki ratunkowe i kaski, ktore maja na sobie. A wypadki speedboatow zdarzaja sie czesto, srednio raz w tygodniu i dopiero co tydzien temu rozbil sie jeden z nich. Nie zacheca tez huk i wibracje, ktore sprawiaja, iz wycieczka speedboatem przypomina bardziej wycieczke krajzega niz lodka. Wybieramy wiec druga mozliwosc - dwudniowy rejs slowboatem, z przerwa na nocleg po drodze. Ledwo wsiadamy na lodke, z nieba zaczynaja lac sie strugi deszczu. Zaloga lodki rozwija przymocowane do dachu brezentowe zaslony, tak ze nawet nie bedziemy mogli podziwiac krajobrazow. Pora mokra ma sie rozpoczac dopiero za miesiac, ale jakos zaczyna sie juz teraz. Po jakichs dwoch godzinach deszcz jednak ustaje i mozemy wyjrzec na swiat. Mekong to jedna z najbardziej nieopanowanych rzek na swiecie. Nie sposob tego nie zauwazyc - co i rusz wplywamy na wiry i dziwaczne pojawiajace sie nie wiadomo skad fale, slyszymy jak rzezi walczacy z silami natury silnik naszej lodzi. Raz za razem mijamy malowniczo wygladajace, acz przyprawiajace o zimny dreszczyk lsniace w sloncu ostre skalne zeby, wokol ktorych pieni sie woda. Za to na brzegach sielski krajobraz - zielono, palmy, laki, lasy, porosniete zielenia wzgorza, pasace sie wodne woly i rozowe krowy, z daleka wygladajace bardziej jak swinie. Zamysleni, zadziwieni, spedzamy caly bozy dzien siedzac i patrzac zamglonym wzrokiem na otaczajacy nas swiat. Niektorzy mlodzi pasazerowie zajmuja sie gra w karty i kosumpcja piwa. Z kazda wypita butelka rosnie ich entuzjazm do gry. Oprocz piwa na naszym slowboacie mozna kupic jeszcze pare innych napojow, glownie gazowanych typu cola, jak rowniez napoj o tajemniczej nazwie "birdy". Nie dowiadujemy sie, czy w skladzie ma jakies produkty pochodzenia ptasiego, na co wskazywalaby jego intrygujaca nazwa. Pod wieczor przybijamy do brzegu. To mala miejscowosc Pakbeng, gdzie bedziemy nocowac. Dajemy sie doprowadzic do malego, taniego pokoiku w sympatycznym drewnianym guesthousie nieopodal przystani. Na powitanie kazdy z gosci dostaje malego kielonka czystej wodki. Smakuje zupelnie jak wodka, mimo ze zostala nalana z butelki z wielkim, wygladajacym jak stonoga robakiem na dnie. Nie wplynelo to jednak na smak wodki, a moze po prostu, jako ze nigdy takiego robaka nie jadlam, nie rozpoznalam robakowej nutki smakowej? Po takim malym kielonku wodeczki mozemy juz z lekkim sercem zapoznac sie z napisami na scianie naszego pokoiku, sciana obklejona jest bowiem stronami z gazet i magazynow, na ktorych poprzedni goscie pozwolili sobie naskrobac kilka cennych dla nas informacji: "It's a shame the manager didn't tell us about the rat" "You'll meet the rat at night". Czyjas inna reka dopisala "The rat is very big. His name is Hans". Na kolorowym zdjeciu jakiegos polityka, trzymajacego szeroko rozlozone dlonie ni to w gescie powitania, ni to w gescie blogoslawienstwa, jak to politycy maja w zwyczaju, ktos dorysowal chmurke z napisem "The rat is THAT big." Nasz pobyt w roznych hotelach, w roznych krajach umilal nam juz Gienek - czterocentymetrowy prusak, ktory jakos dziwnym trafem czesto trafial do tych samych hoteli, co my. Czasem podrozowal sam, czasem z ekipa kolegow. Z dwojga zlego, chyba juz wole szczury od prusakow, a przeciez nawet z Gienkiem dalo sie zaprzyjaznic. Hans mi nie straszny, zwlaszcza po wodce. Byle nie gryzl. Wieczorny posilek konsumujemy na tarasie z widokiem na Mekong. Umilamy go sobie piwem - Laos jest pierwszym krajem na naszej trasie gdzie piwo ma przyzwoita cene (w porownaniu oczywiscie z innymi tutejszymi cenami, a nie z Polska). Gorliwie oddajemy sie konsumpcji Beerlao. Niebo znowu spochmurnialo i lunal rzesisty deszcz. Woda leje sie prawie ciurkiem z gory, jak z wielkiego prysznica. Podrozujacy jednak od osmiu lat starsi panstwo przy sasiednim stoliku twierdza, ze taki deszcz w prownaniu z prawdziwym deszczem tropikalnym to naprawde nic. Promile we krwi i szum deszczu za porecza tarasu wprawia w stan lagodnej melancholii. To taka ladna nazwa na popiwne otepienie... Wracamy do naszego drewnianeg domku. Na tarasie laotanskie babcie w dobrym nastroju oprozniaja butelke z wodka i robakiem na dnie. Pytaja sie nas, czy nie mamy ochoty sie przylaczyc.Ten widok wielce mnie cieszy. Dotychczas we wszystkich chyba krajach, gdzie bylismy, jesli pice alkohlu jest dozwolone, picie przez kobiety nie jest zbyt dobrze postrzegane. A moze po prostu nie jest za bardzo przyjete. A tu, prosze. Nie to, zebym uwazala ze kazdy musi pic alkohol, ale skoro pija mezczyzni, to czemu nie maja pic kobiety? Chyba przez te podroze po krajach odleglych zostane bojujaca feministka... Entuzjastycznie zaprzyjazniajac sie z Beerlao nie wzielismy pod uwage tego drobiazgu, ze toaleta jest w innym budynku, po drugiej stronie ulicy! Ha, ha, ha!!! Jakos nie poznalismy sie z Hansem. Moze nie mogl nas dobudzic? Kolejny dzien na lodce uplywa nam rownie przyjemnie, jak poprzedni, a moze nawet przyjemniej. Lodka jest wygodniejsza, a przede wszystkim nie pada deszcz! Swieci ladne slonce, rzucajac nowe swiatlo na laotanskie pejzaze. A wieczorkiem juz doplywamy do Luang Prabang. Luang Prabang Az trudno uwierzyc, iz to male 16 tysieczne miasteczko, jest drugim co do wielkosci miastem Laosu. Gdy juz po zapadnieciu zmroku spacerujemy polozonymi w centrum uliczkami, mam wrazenie jakbym sie znajdowala w duzej miejscowowsci letniskowej. Drewniane domy na palach, male slabo albo w ogole nieoswietlone uliczki, z ktorych tylko czesc jest asfaltowa lub wybrukowana. Malutkie sklepiki z mydlem i powidlem i swiatynie, o tej porze wygladajace jak troche wieksze wiejskie koscioly. Mnostwo zieleni i drzew. Przechadzajac sie mozemy obserwowac, jak toczy sie zycie tutejszych mieszkancow, jako ze toczy sie ono na tarasach, w ogrodkach, lub przy otwartych na osciez drzwiach i oknach. Z co drugiego domu dochadza dzwieki gitary, co tylko wzmacnia wrazenie wakacyjnej sielanki. Ci co nie spiewaja, ani nie graja, ogladaja telewizje drzemiac na kanapach. A przy dwoch glownych ulicach kilka eleganckich kawiarenek i restauracji, ktore rownie dobrze moglyby znajdowac sie w Paryzu. W swietle dnia wrazenie miejscowosci letniskowej troche sie rozmywa, niemniej Luang Prabang jest bardzo malutkim miasteczkiem, w ktorym glowne pojazdy to motory i tuk-tuki (tak w Azji poludniowo-wschodniej nazywaja sie riksze), i tylko z rzadka niesmialo przemknie jakis samochod. Male miasteczko, ale za to urocze. Zielen, male uliczki, maly palac krolewski oraz 32 buddyjskie swiatynie. Gdzieniegdzie widuje sie tez budynki z epoki kolonialnej, zbudowane przez rzadzacych to wowczas Francuzow. W roku 1995 Luang Prabang zostalo wpisane na liste dziedzictwa kulturowego UNESCO, dzieki czemu w wielu miejscach prowadzone sa tu prace zwiazane z renowacja zabytkow. Zwiedzanie Luang Prabang troche utrudnia nam pogoda - z nieba leje sie na przemian obfity deszcz i oslabiajacy zar, trudny do znesienia mimo iz jestesmy juz zaprawieni w znoszeniu upalow. Drugiego dnia rano idziemy obejrzec obchod mnichow przez miasto. Podobnie jak w Mianmarze i tutaj codziennie rano mnisi przechodza przez miasto z miskami, by zebrac jedzenie od wiernych. Teoretycznie mnich w tradycji Theravady ma prawo zjesc jedynie to, co ofiaruja mu wierni. Praktycznie jednak w dzisiejszych czasach poranny obchod po jamuzne ma chyba bardziej znaczenie symboliczne. W roku 1975, po przejeciu wladzy przez komunistow, nauczanie Buddyzmu w szkolach, jak rowniez dawanie mnichom jedzenia zostalo zakazane. Mnichom nakazano uprawianie roli co jest sprzeczne ze wskazaniami jakie przyjmuja decydujc sie na zycie monastyczne. Stworzono specjalny departament do spraw religii (dzialajacy do dzis), w celu kontroli, czy nauczanie Buddyjskie w Laosie zgodne jest z doktrynami Marksa i Lenina. Te wszystkie zakazy wzbudzily wielkie niezadowolenie wsrod ludnosci i juz po roku zakaz dozwolono ofiarowanie mnichom ryzu, a niedlugo pozniej rowniez i innych rodzajow pozywienia. Jednak od tamtej pory najczesciej ofiarowanym jedzeniem jest wlasnie ryz, a w klasztorze czekaja na mnichow pozostala czesc posilku. Rytual ofiarowania mnichom jedzenia wyglada tu troche inaczej niz w Mianmarze - miski mnichow przewieszone sa przez ramie a nie szyje, tak zeby kobiety, ktore w Laosie wydajac jedzenie klecza, mialy latwy dostep do misek. Mezczyzni nakladaja mnichom jedzenie stojac. Ach, ne ma sprawiedliwosci na tym swiecie! Ponadto ofiarowanie jalmuzny jest tu procesem znacznie bardziej pracochlonnym, niz w Birmie, gdyz ryz nie jest wrzucany caly naraz do jednej miski mnicha z przodu, tylko kazdy mnich dostaje od kazdego po jednej garstce, dzieki czemu ryz obficie sypie sie na chodnik. Nie wydaje sie to tez zbyt higieniczne, ale nikt sie tym chyba zbytnio nie przejmuje. W Luang Prabang nie zatrzymujemy sie na dlugo; mamy krotkie wizy; ponadto i tak nie bedziemy w stanie zobaczyc wszystkiego, co bysmy chcieli. Czas zaprzyjaznic sie z laotanskimi autobusami. Nasz autobus, na ktory kupilismy bilet poprzedniego dnia, okazuje sie byc pick-upem. Podczas jazdy wiatr wieje, jakby byl huragan. Mimo upalu zawijamy sie w polary, chowamy sie w kaptury i tak przez trzy godziny. Trzeba przyznac, ze wbrew niepochlebnym opiniom o laotanskich drogach, jezdnia jest niczego sobie, moze tylko troche zbyt kreta jak na moje potrzeby. Pickup pedzi jak dziki mustang. Dojezdzamy do wioski Nong Khiaw, a wlasciwie nie Nong Khiaw, skad chcemy poplynac lodka do wioski Muang Ngoi, a wlasciwie nie Muang Ngoi. Laotanskie nazewnictwo miejscowosci to dyscyplina nezwykle skomplikowana. Prawie przy kazdej miejscowosci w naszym przewodniku umieszczony jest krotki wyklad - Ta miejscowosc nazywa sie A, ale wlasciwie A oznacza miejscowosc na wschod, a na poludnie znajduje sie miejscowosc A bis, czesto mylona z A. A tak w ogole miejscowi nazywaja te wioske nazwami B i C. Na przyklad: "Sometimes Nong Khiaw is referred to as Muang Ngoi, which is actually a group of houses on the eastern bank, and sometimes it's called Nam Bank, which is actually 23km west of Nong Khiaw by road. Many people confuse this Muang Ngoi with the Muang Ngoi Neua about an hour north of Nong Khiaw by boat." Nie wnikajac glebiej w tajniki nazewnictwa, w miejscowosci, do ktorej przybyl nasz pickup przesiadamy sie w lodke, ktora udajemy sie do miejsca naszego przeznaczenia - malej, polozonej posrod gor wioski, gdzie dostac mozna sie jedynie rzeka, gdyz nie ma ona nawet polaczenia drogowego ze swiatem. Silnik lodki troche niedomaga. Co jakies dziesiec minut zatrzymujemy sie i kapitan cos majstruje - a to rurke przepiluje, a to pokreci srubokretem i jakos mozemy plynac przez nastepne dziesiec-pietnascie minut. Punktem kulminacyjnym naszej wycieczki jest pietnastominutowy trek po wyspie. Slabo-silny silnik okazuje sie niewystarczajacy do pokonania fragmentu rzeki o szczegolnie rozwydrzonych pradach i wirach. Kilka osob z przodu musi przejsc sie po wyspie, inaczej lodz jest zbyt ciezka i silnik nie wygra walki z rzeka. Oczywiscie mamy to szczesci i razem z kilkorgiem innych turystow zalapujemy sie na darmowy trek pod wodza sympatycznej miejscowej kobiety. Przedzieramy sie przez kolczaste krzaki, slizgamy sie po blocie, w rekach tylko kazdy dzierzy butelke wody. Co jakis czas dochodzimy nad wode, gdyz naszej przewodniczce wydaje sie ze to juz tu czeka na nas lodka, ale nie, to jeszcze nie tu. I znowu rzucamy sie w kolczasto-blotnista gestwine. Tak kilka razy. W koncu nachodza nas watpliwosci, czy lodka przypadkiem nie popynela bez nas, a my tu sami na wyspie, i tylko odrobina wody. Smak wielkiej przygody. Nasza przewodniczka wyglada za to dosc zabawnie. Idzie z wysoko podniesiona do gory spodnica, tak iz widac jej prawie cala dolna bielizne, a konkretnie urocze reformy damskie w kwiatki. Co chwila znika nam z oczu za kolejnym zakretem, za kolejnym krzakiem, zza ktorego pozniej wyglada, zapewne by sprawdzic, czy nie pomylilismy drogi. I wowczas odruchowo chce sie zatrzymac, jako ze mam nieodparte wrazenie, pewnie przez te podniesiona spodnice i niesmiale wygladanie zza krzaka, iz owa pani ciagle usiluje sie przed nami schowac, by moc sobie w prywatnosci krzaczka spokojnie przykucnac i zalatwic swoje potrzeby... Gdy juz przybylismy do odcietej od swiata wioski, okazuje sie, ze wlasnie Marek ulegl transformacji w kaloryfer i ogrzewa caly i tak rozgrzany swiat swoja niezwykle wysoka temperatura. To wlasnie nazywa sie zlosliwoscia losu. Przez cale dziesiec miesiecy nie bylismy w miejscu tak oddalonym od pomocy medycznej. A teraz jestesmy i wlasnie Marek ma prawie czterdziesci stopni goraczki, ktora uparcie nie chce sie obnizyc, mimo zimnych okladow i paracetamolu. Nie wiem, czy uruchamiac nasze srodki na malarie, czy jeszcze nie. Wybieram sie do tutejszej apteki. W aptece widze strepsils i trzy rodzaje srodkow na malarie, sadzac po nazwie i welkich rysunkach wielkich komarow na pudelkach. I juz nic wiecej. Pytam sie o lekarza. - Tak, tak moj tata jest lekarzem - twierdzi na oko dwunasto -czternastoletnia dziewczynka, pokazujac na wylegujacego sie na materacu wasatego pana w samych jeno krotkich spodenkach. Dziewczynka cos mowi i wasaty zwleka sie z materaca. Nic nie mowi po angielsku i dziewczynka sluzy za tlumacza. Nie do konca wiem, co tam mu tlumaczy i czy w ogole rozumie, co do nej mowie, ale coz, nie ma innego wyjscia jak tylko zdac sie na nia. - My boyfriend has a very high fever but he has no other symptoms and I don't know if I should give him lariam or not - wyjasniam. - Bue hai kaa ibing giebeee ia uyuai huyai xai - dzielnie tlumaczy dziewczynka (staram sie ja tu jak najwierniej przytoczyc, ale nie wiem na ile dobrze mi to wyszlo). -Buehuang beng hiiaimi. - odpowie na to domniemany doktor. - No malaria here. It's not malaria. - No ale podrozowalismy, pare dni temu bylismy na polnocy Tajlandii... -Buehuang beng. Malaria no. - twierdzi wasaty. No tak, bardzo intresujace, zwazywszy ze pan doktor tropikalny przed wyjazdem jak rowniez wszystkie przewodniki zgadzaja sie, ze najbardziej malaryczne tereny sa na polnocy Tajlandii i w Laosie... No i co tu robia te stosy pudelek lekarstw o nazwach dziwnie przypominajacych meflokine (glowny skladnik lariamu) i rysunkami wielkich komarow? Wasaty wyciaga spod lady male pudeleczko z rysunkiem pana z chusteczka pod parasolem, w deszczu. To chyba jakies srodki na przeziebienie. Wracam do naszej chatki, gdzie spod stosu mokrych recznikow swieci rozgoraczkowanymi oczami Marek. Postanawiamy, ze jesli mu nie przejdzie do wieczora, zastosujemy awaryjna dawke lecznicza lariamu. Glowny problem to efekty uboczne, zwlaszcza halucynacje. Cierpi na nie wielu ludzi biaracych lariam w malej dawce zapobiegawczo, raz na tydzien; dawka lecznicza jest szesc razy wieksza, wiec mozna sie spodziewac, ze chory bedzie po niej chodzil po suficie i robil fikolki... Albo moze wymysli cos jeszcze lepszego. Szczesliwie, czego by nie mowic o kwalifikacjach medycznych wasatego, nie pomylil sie - wieczorem Marek mial juz duzo nizsza temperature, wiec na pewno nie byla to malaria. Spokojniej juz wiec przechadzam sie po wiosce i patrze. Munag Ngoi, a wlasciewie Muang Ngoi Neua troche rozczarowuje - glownie widac tu drewniane guesthousy i takiez restauracyjki dla turystow, a z prawdziwego zycia laotanskiej wsi zaobserwowalam jedynie rodzine mocno podchmielona Beerlao. Gdy Marek juz wydobrzal ruszamy w dalsza droge, w strone stolicy Laosu - Vientiane. W zwiazku z malo rozwinieta laotanska siecia drogowa w tym celu musimy i tak wrocic do Luang Prabang, skad jest jeszcze okolo 300-400 km do stolicy. Budowe drogi miedzy tymi dwoma najwiekszymi miastami Laosu ukonczono dopiero w 2001 roku, dzieki czemu po raz pierwszy w historii dalo sie przejechac miedzy Luang Prabang a Vientiane w jeden dzien. Podroz uplywa nam gladko, chociaz trwa az dziewiec godzin. Na pokladzie naszego autobusu siedzi mlody chlopak z karabinem. Jeszcze do niedawna podrozujacy ta trasa byli narazeni na czeste napady bandytow. Od czasu wyasfaltowania drogi pojawily sie tu patrole wojskowe i trasa ta stala sie raczej bezpieczna. Jednak najwyrazniej harcerz karabinem dla ochrony autobusu ma wciaz racje bytu. Co jakis czas widzimy tez idacego sobie brzegiem drogi umundurowanego, rowniez z karabinem. asia-blogtrotter 2005-05-24 16:47:28 skomentuj (0) Skazani na sukces, czyli Bahasa Indonesia dla kazdego. Pare lat temu na konferencji poswieconej dysleksji i wielojezycznosci rozwazano, jaki jezyk jest najlatwiejszy do nauczenia sie. Prelegent nie doszedl wowczas do jednoznacznych wnioskow. To pewne dlatego, ze nigdy nie mial do czynienia z jezykiem indonezyjskim. A jezyk ten ma same zalety! Latwy, prosty i przyjemne, koniugacji brak, deklinacji brak. Liczne akcenty humorystyczne. Banalnie prosta, przejrzysta pisownia, nieskomplikowana wymowa... No i dwa w jednym - oficjalnie indonezyjski i malajski to dwa rozne jezyki, praktycznie roznia sie pojedynczymi slowami. Mimo, iz ludnosc Indonezji posluguje sie ponad 300 jezykami, kazdy zna Bahasa Indonesia i cieszy sie bardzo, gdy turysta czyni mniej lub bardziej udolne proby wypowiedzenia sie w tym jezyku. A jak ciesza sie w Malezji! Nauka indonezyjskiego / malajskiego wraz z konczaca nauke wycieczka do Indonezji powinna byc zalecana jako pedagoterapia dla tych, co stracili wiarew siebie i uznali, ze nie maja talentu do jezykow. A oto pare najwdzieczniejszych slow i wyrazen w Bahasa Indonesia. Polandia - domyslic sie nietrudno i rownie latwo zapamietac... i jak slicznie brzmi! A Finandia to Finlandia, a Holandia to wale nie Holandia, tylko Bolanda. Co moze byc dla nas troche mylace, bo w niektorych jezykach Polska zaczyna sie na B. Niestety nawet tu nie da sie uniknac mylenia nas z Holandia - gdy mowimy po indonezyjsku, ze jestesmy z Polski, to slysza, ze z Holandii, albo z Finlandii. Saya dari Polandia - Jestem z Polski orang - czlowiek / osoba Mozna wiec powiedziec tez "Saya orang Polandia" - jestem czlowiekiem z Polski, czyli Polakiem/Polka hutan - las, a wiec Saya oranghutan - jestem czlowiekiem z lasu, czyli orangutanem/orangutanica... suka - to nie okreslenie samicy psa, ani zadne nieeleganckie okreslenie innych stworzen. To sympatyczny czasownik oznaczajacy "lubic". Na przyklad nie nalezy zle interpretowac stwierdzenia Saya suka disko - oznacza ono po prostu "lubie dyskoteki" (w tym pieknym jezyku liczby mnogiej tez nie ma). A zapytana o swoj zawod za kazdym razem chetnie odpowiadam: Saya guru - jestem nauczycielem, co spotyka sie ze zrozumiala reakcja - rece zlozone jak do modlitwy, poklonik przede mna "respect!" - szacuneczek! Tak jak dotad wszedzie w Azji, rowniez i tu wiedza, jak nalezy zwracac sie do nauczyciela... A teraz oczywiscie podstawowa sprawa w chyba kazdym azjatyckim kraju. Punya anak? - Czy masz/ ma Pani dzieci? Tu nie nalezy odpowiadac "Nie mam dzieci", wywolaloby to wielkie zdziwienie, tylko koniecznie "Jeszcze nie mam dzieci". Podobnie oczywiscie z mezem/zona. Zapytani o stan cywilny niezaobraczkowani powinni odpowiedziec "Jeszcze nie mam meza/zony". A jak mamy dzieci? Wtedy mozemy dumnie odpowiedziec Saya punya anak perempuan - mam coreczke albo Saya punya anak laki-laki - mam synka. No, niestety tym nie moglam sie pochwalic, ani anak perempuan, ani anak laki-laki nie posiadam... ale moglam chociaz troche nadrobic rodzenstwem, bo brzmi prawie tak samo: Saya punya adik perempuan dan adik laki-laki - Mam mlodsza siostre i mlodszego brata. Moje rodzenstwo za to mowiac o mnie musialoby sie pochwalic uzywajac duzo mniej wdziecznego slowa "Kakak". Moj brat moglby sie nawet pochwalic ze ma "dua kakak" czyli dwa kakaki - mnie i nasza siostre. Idziemy jesc. Jak wszedzie w Azji, i w Indonezji kroluje "nasi" - czyli ryz w kazdej postaci nasi putih/goreng/ikan/ayam/sapi/babi etc - ryz gotowany/smazony/z rybka/wolowina/wieprzowina/kurczakiem; najwdzieczniej jednak brzmi nasi bebek bumbu - ryz z kaczka w pomidorach Zamawiajac jedzenie po indonezyjsku nalezy wykazac sie pewna doza ostroznosci: air - wbrew pozorem to nie powietrze, to woda kecap - to sos sojowy a nie keczap, susu - to po prostu mleko, gula - a to cukier gula - gula - to cukierki cuka - a to juz nie cukier, to ocet krim cukur - juz z jedzeniem nie ma nic wspolnego. To krem do golenia. Skoro juz przechodzimy do dbania i higiene i zdrowie - oto moje ulubione slowko: gigi - zeby pasta gigi - moze sie domyslicie co sikat gigi - szczoteczka do zebow - nazwa zdaje sie sugerowac, ze Indonezyjczycy w lazience staraja sie zalatwiac dwie sprawy naraz; moze to wynika z duzej liczebnosci rodzin i nieustannej kolejki do lazienki? dokter gigi - stomatolog podobnie jak dokter perempuan - ginekolog (doktor do dziewczynek) Ach, jakie to wszystko proste! Tylko salon kosmetyczny z newiadomych wzgledow zawsze opatrzony jest szyldem "jelita". Czyzby holdowano tu z takim oddaniem starej madrosci ludowej, iz nasz wyglad odzwierciedla stan naszego organizmu od wewnatrz? Wolalam nie sprawdzac... A przy okazji czyszczenia jelit, jakze przydatne w podrozy do dalekich krajow slowko cirit birit - biegunka. Troche o tutejszej faunie lalat - mucha, pewnie dlatego, ze tak lata i lata babi - swinia; rowniez jako obelga. W Malezji ogladalismy jakis amerykanski film, gdzie bohaterowie jak to czesto bywa w pewnym momencie przeszli do rekczynow suto okraszanych wyzwiskami. "Pig!" - rzuca z pogardliwa mina jeden bohater do drugiego "Babi!" - pojawia sie podpis po malajsku. laba-laba - pajak, bo tu w Indonezji pajaki takie leniwe... i owad nieodmiennie wdzieczny, piekny kupu-kupu - to po prostu motylek Poruszamy sie po ulicy. bioskop - czas na troche rozrywki, to kino desa - wioska kantor - to wszelkiego rodzaju biura. Nie zdziwmy sie wiec wszechobecnymi kantorami w kazdej miejscowosci, takimi jak np "kantor polisi" - posterunek Mnostwo tu tez "rumahow", czyli domow, np rumah makan - "dom jedzenia",czyli restauracja rumah sakit - "dom chorych", czyli szpital Podstawowa sprawa, zwlaszcza kiedy po posilku w rumah makan meczy nas cirit-birit, zanim dobiegniemy do rumah sakit pewnie chcielibysmy jeszcze wstapic do toalety... Szukajmy wiec napisu kamar kecil - "malutki pokoik", czyli tam gdzie krol chodzi piechota To chyba wszystko, co najwazniejsze. Chyba ze jestes palaczem. Wystrzegaj sie wowczas napisu dilarang merokok - zakaz palenia oznacza on, iz gleboko w torbie lub kieszeni trzeba pozostaja: rokok - papierosy i pipa rokok - fajka. Bo inaczej bedzie mandacik!!! asia-blogtrotter 2005-05-24 15:37:49 skomentuj (0) A w nastepnym odcinku... Wyprawa do dzungli! Wendra, nasz nieoceniony przewodnik po dzungli ![]() Uczymy sie jezyka indonezyjskiego: "Kwiat raflesii jest duzy i czerwony." ![]() Pierwszego dnia w dzungli bylo calkiem latwo, ale lepiej nie mowic, co bylo potem... ![]() Teraz juz wiecie, kto dla Was ten ryz posadzil... ![]() Sniadanie na trawie ![]() Tu spalismy w dzungli. Na nasze powitanie, ktos polska flage na odwrot powiesil... No, chyba ze mial na mysli flage Indonezjii... ![]() Moje nogi - pijawki dzis mialy wyzerke... ![]() Nawet w dzungli kotow nie brakuje... ![]() A na obrzezach dzungli, meczetow... ![]() asia-blogtrotter 2005-04-23 13:37:32 skomentuj (0) Indonezja 1: Pierwsze wrazenia Krotka podroz promem i juz jestesmy w Indonezji, na malej wyspie Batam, skad za chwile udmy sie na Sumatre. Po krotkiej przerwie w spokojnych i czystych Tajlandii, Malezji i Singapurze na nowo musze sie przyzwyczajac - Indonezja jest troche bedniejsza, troche brudniejsza, troche wiecej tu napastliwych naganiaczy. Ludzie, z wyjatkiem tych, co maja na codzien do czynienia z turystami, mowia po angielsku dosc slabo albo wcale. Ale tez sa bardzo przyjazni. Odkopuje wiec z glebin plecaka ksiazeczke "South-East Asia Phrasebook" z budujacym mottem "open your mouth - make yourself heard", ktore co prawda okazalo sie nie dosc motywujace w walce z jezykiem birmenskim... Z nowym optymizmem przystepuje do zapoznania sie z rozdzialem "Indonesian / Malay". To palaca koniecznosc. Przybywszy promem do Indonezji przesiadamy sie na drugi prom, na ktorym tym razem spedzimy ladnych pare godzin, tym razem juz wewnatrz Indonezji. Na promie dosc luzno, mieciutkie fotele. Na zewnatrz i tak nie mozna wyjsc, a przez okna z jakiegos dziwnego plastiku i tak nic nie widac. Zmieniam koszulke ze skapej na luznego T-shirta, tak na wszelki wypadek, gdyz nie wyczuwam jeszcze tutejszych Muslimow... A jako cudzoziemcy i tak wystarczajaco zwracamy na siebie uwage. Zasypiam, chociaz i tak bylam wyspana. Ale nie szkodzi. Dobry sen nie jest zly. Nie przeszkadza mi nawet lecace w telewizorku karaoke. Przesypiam cala podroz. Sen przerywa tylko krotka przerwa na jedzenie, ktore o dziwo, wliczone jest w cene bietu. Ryz z kilkoma hiper osrymi warzywami i troche zwiedla mala rybka. Zasypiam ponownie i budze sie, gdy juz doplywamy do celu - lezacego mnej wiecej w polowie Sumatry miasta Pekanbaru. Znajdujemy maly hotelik. Okno naszego pokoju wychodzi na taras, na ktorym zasiadamy wieczorkiem wrociwszy z naszej pierwszej wizycie w indonezyjskiej jadodajni. Czytamy. Na tarasie przysiada sie mlode, urocze dziewcze, chyba corka wlascicieli. Sliczne wlosy, sliczna, urocza buzia. W drobnych dloniach trzyma miske zupy i lyzke. Bez pospiechu zabiera sie za jedzenie. Wtem z delikatnych dziewczecych ust dobywa sie bekniecie, ktorego nie powstydzilby sie dorodny chlop: "BUUEEEE!"; i jeszcze raz "BUEEEE!" i kolejne "BUEEEEE!". Po czym dziewczatko spokojnie dalej je zupe. I znowu "BUEEEE!". Z wielkim trudem hamuje wybuch smiechu. Marek tez, z wysilkiem probuje skoncentrowac sie na lekturze przewodnika. W calej chyba Azji ludzie traktuja bekanie jako cos zupelnie naturalnego, nie spotykamy sie wiec z tym pierwszy raz. Jednak ten kontrast, ta delikatna niewiasta i to nieustajace siarczyste, tubalne bekanie... W koncu kladziemy sie spac, ale zasnac nielatwo, bo siarczyste "BUEEEE!" regularnie dochodzi z tarasu do poznego wieczora. asia-blogtrotter 2005-04-23 13:17:31 skomentuj (0) Singapur Do Singapuru jedziemy jeszcze bardziej wybitnie ekstremalnie wygodnym autobusem, niz autobusy tajskie. (No moze nie rozwodzilabym sie tak nad tym komfortem, gdyby nie dlugie miesiace obijania sobie kosci ogonowej w Indiach i okolicach). Po trzy siedzenia w rzedzie, kazde szerookie! rozklada sie prawie jak lozko, podniesc mozna tez podnozek. Klima chlodzi, silnik nie halasuje, ludzie nie wrzeszca, karaoke w telewizorku nie gra, autobus ani nie podskakuje, ani nie kolebie sie na boki... Nie dymi. Nikt nie zuje betelu. Nikt nie pluje, nie rzuca smieci, ani do srodka, ani nawet za okno. Spimy. Budzimy sie przed przejsciem granicznym. Pan w okienku, zapoznawszy sie blizej z moim paszportem, w ktorym wiz ci i stempelkow nie brakuje, pyta sie, jak dawno wyjechalam z domu. Oj, dawno! Siedem miesiecy temu! - I nie teskni sie pani za domem? - Tylko troche - odpowiadam tonem dajacym do zrozumienia "Ja? Mialabym tesknic za domem juz po siedmiu miesiacach? Panie, ja tu jestem prawdziwy podroznik, a nie kobeta-biedactwo!", zgrywajac dzielna twardzielke. Kreci glowa, nie wiadomo do konca co ma na mysli. Wstawia do paszportu kolejny stempelek "14 dni w Singapurze." Bardzo milo, z uwaga wyszukal miejsce na jakiejs czesciowo zastemplowanej stronie, nie zastemplowal czystej strony. ("Gdzie tym razem postawia stempel?" - to pytanie stawiamy sobie na kazdej granicy, a celnicy tymczasem stawiaja nam stemple. Chociaz mamy jeszcze w paszportach pewien zapas czystych stron, cicha obawa w sercu sie tli, czy ktoregos dnia nie zabraknie czystych stron na nowe wizy...) Z granicy jeszcze chwilke jedziemy autobusem i juz jestesmy w Singapurze. Wysiadamy. Goraco, wilgotne powietrze. Tu podobno jest tak przez caly rok. Wszedzie oczywiscie wysokie domy, duzo wielopietrowych mrowkowcow mieszkalnych, mnostwo tez oczywiscie biurowcow. Niskich budynkow to tu wlasciwie chyba nie ma. Wszedzie czysciutko, czysciusienko, wszystko rowniutko poukadane, poustawiane, trawniki wydaja sie byc uczesane, porzadeczek, mmmmmm. Ukradkiem jakoby pije wode z butelki, bo nie wiem, czy tu wolno. Wiem ze w metrze nie wolno jesc ani pic, ale nie wiem co wolno na ulicy. Pozniej sie dowiaduje, ze jesc i pic jednak na ulicy wolno, nie wolno tylko palic, ani zuc gumy. No i oczywiscie rzucac smieci. A za wszystko wysokie mandaty, w tysiacach dolarow. Podobno w przypadku zlamania zakazu natychmiast, jakoby znikad wylania sie stroz prawa. Jak zly duch. I egzekwuje. I nie mysl nawet czlowieku o lapowce, o nie! Idziemy, idziemy i prosze - oto zza rogu wylania sie pierwsza tablica z zakazem, a dokladniej mowiac, ostrzezeniem. Wysoooki budynek stoi na wieeelkim, uczesanym trawniku. Na rogach trawnika tablice: "Government Premises. Enter at your own risk." Zastanawiamy sie wlasciwie, co to znaczy. Czyzby niewinnie wygladajacy trawniczek byl podminowany? A moze w oknach rzadowego budynku czychaja na nas lufy snajperskich karabinow? A moze raczej rzad nie chce brac odpowiedzialnosci za nasz ewentualny upadek na trawniku i ta tablica pelni podobna funkcje, co rozstawiany znak ostrzegawczy w McDonaldzie "Uwaga! Sliska podloga!"? Kto to wie? Wolimy jednak nie sprawdzac. Dochodzimy do hotelu. Zastanawiamy sie, czy nie spac w dormitorium, singapurskie ceny sa wyzsze niz w okolicznych krajach. Lozka w dormitorium okazuja sie jednak bardzo krotkie, Marek chyba zmiescilby sie tylko do kolan. Decydujemy sie wiec na pokoj, ktory nie kosztuje nas znowu tak wiele wiecej. Sniadanie jest wliczone w cene, a wlasciciel jest tak uprzejmy, ze proponuje nam sniadanie juz dzis, mimo ze formalnie nalezy sie nam od jutra. A co to za sniadanie! Po mianmarskim wliczonym w cene pokoju toscie z dzemem wraz z herbata lub kawa "3 w jednym" tutejsze sniadanie to festiwal smakow. Mozna jesc, ile sie ma ochote, co skwapliwie wykorzystuja wszyscy hotelowi goscie, spedzajac w hotelowej kantynie wiekszosc poranka. Przy stolikach zastajemy licznych objadajacych sie, w tym silna ekipe z Nigerii. Wielkie, czarne chlopaki zajadaja, az im sie uszy trzesa. Jeden z nich nas zagaduje. Okazuje sie, ze przyjezdzaja tu regularnie kupowac elektronike na sprzedaz w Nigerii. Bardzo go cieszy, ze jestesmy z Polski, bo swietna zona jego brata tez jest Polka i maja dwojke swietnych dzieci. Kazdy je je, potem poczyta gazetke, albo porozmawia, czekajac az w zoladku zrobi sie troche miejsca, potem znowu je. Nie spieszymy sie i my, tym bardziej ze wlasnie zaczelo padac. Dawno nie widzielismy deszczu, jednak strumienie wody z nieba nie wzbudzaja w nas zachwytu. Jak my tu mamy zwiedzac? Ale w koncu przestalo padac i ruszamy w miasto. Singapur zachwyca nowoczesnoscia i czystoscia. Czuje sie troche jak w innym swiecie, zwyklej zabudowy tu prawie nie uswiadczysz. No moze z wyjatkiem dzielnic etnicznych - Little India i Chinatown. W Little India mnostwo jest sklepow z sari, Hinduskich jadlodajni pure vegetarian (czyli z omletem bez jajek), gdzie przypominamy sobie jak smakuje puri, dosa, thali i inne hinduskie specjaly; nie brakuje tu hinduskich swiatyn w typie tamilskim (czyli Asteriks i Obeliks), no i oczywiscie Hindusow i Hindusek, ktorych jest w tym malym panstewku7,9%. Wiekszosc ludnosci Singapuru, bo az 76,7% stanowia Chinczycy. W Chinatown na szyldach bujnie krzewia sie chinskie krzaczki, z ulicznych straganow dobiega won chinszczyzny, a wiekszosc tutejszych przechodniow obojetnie spoglada na nas przez waskie szparki swoich chinskich oczu. Tu zagladamy tez do chinskich swiatyn taoistycznych, wypelnionych dymem kadzidelek - Chinczycy przypalaja wielkie garscie dlugich kadzidel, po czym z namaszczeniem rysujac kola w powietrzu gasza plomien i z kadzidel poczyna sie unosic gesty, bialo-szary, wonny dym. W Singapurze mieszkaja tez oczywiscie Malaje (jest ich 13,9%).(Do roku 1965 Singapur stanowil nawet czesc Malezji), jak rowniez calkiem sporo przedstawicieli innych narodowosci, w tym wielu zapewne czasowo zatrudnionych bialych. Jezyki urzedowe to angielski, mandarynski, malajski i tamilski. Po zwiedzeniu Singapuru dochodze do wniosku, ze ulubiona czynnoscia tutejszych mieszkancow musza byc zakupy. Ilosc gigantycznych centrow handlowych oszalamia. W pierwszej kolejnosci zwiedzamy wielopietrowe sklepy z tania elektronika (co prawda w ostatnich latach ponoc jednak duzo drozsza, niz dawniej bywalo), gdzie spora czesc zagranicznych klientow, miedzy innymi nasza ekipa z Nigerii, kupuje towar na sprzedaz we wlasnych krajach. Ogladamy podobna najwieksza fontanne swiata. Niespecjalnie duza. Przechadzamy sie tez Orchard Street, glowna ulica handlowa Singapuru, gdzie centrow handlowych jak grzybow po deszczu. I kto to wszystko kupuje? Najwyrazniej klientow jednak nie brakuje. Kiedy juz Singapurczyk sie obkupi, moze podelektowac sie przyroda ozywiona - do wyboru ma jedno z najlepszych na swiecie zoo, wspaniale urzadzony ptasi park i imponujace oceanarium. Cierpiacy na bezsennosc moga udac sie do przylegajacego do zoo parku na nocne safari. W kazdym z tych parkow (za wyjatkiem, jak sie mozna domyslac, nocnego safari) mozna rowniez wziac slub i urzadzic wesele. Najwyrazniej otoczeni zewszad ultranowoczesnymi formami architektonicznymi Singapurczycy lakna bliskiego kontaktu z przyroda. Wladze Singapuru dla psychicznego zdrowia obywateli postanowily zaspokoic te tesknote stwarzajac te wspaniale parki, tym bardziej, ze pieniedzy w kasie nie brakuje, skoro za kazdego duriana w metrze, smiecia rzuconego na ulicy albo nieprzepisowe przejscie przez jezdnie inkasuja tysiace singapurskich dolarow. I nas te miejsca zachwycaja. Zwierzeta zyja w klatkach i na wybiegach niezwykle przypominajacych ich srodowisko naturalne. Wygladaja na calkiem zadowolone z zycia. Do wielu klatek zwiedzajacy moga wejsc, by na chwile zanurzyc sie w srodowisko tropikalnej dzungli, zaprzyjaznic sie z nietoperzami, wielkimi motylami i plochliwymi mousedeer (myszojelonkami?), ciekawskimi malpowiewiorkami... W niektorych miejscach mozna karmic egzotyczne ptaki z reki. Mozna tez przez szybe zobaczyc jak wyglada nurkujacy pingwin i nurkujacy mis polarny. Rownie ciekawie urzadzone jest oceanarium - tu mozna przejsc sie tunelem, by przez szklane sciany poobserwowac rozne morskie kreatury. Najwieksze wrazenie robi na mnie jednak nocne safari - kilka godzin spacerujemy przez las i podgladamy nocne zycie. Wybiegi sa tu tak sprytnie urzadzone, ze czesto nie widac, ze gdzies tu jest jakies ogrodzenie. Dzikie bestie oswietla blade swiatlo przypominajace blask ksiezyca w pelni. Zachwycam sie kotami rybolowami (fishing cats), co siedza nad rzeczka i w skupieniu obserwuja, jak zwykly kot domowy. Gdy zobacza, ze przeplywa cos smacznego, bez wahania wykonuja skok na glowke w ciemna wodna ton. Wydry nie do konca przypominaja dzikich lowcow nocy - bez cienia wlasnej godnosci na widok przechodzacego staja pionowo z rozczulajaco podgietymi przednimi lapkami glosno, piskliwie zebrza. Za to lwy ratuja honor dzungli. Na jednym wzgorzu kilka majestatycznych, grzywiastych lwow. Na drugim wzgorzu majestatyczny, grzywiasty lew. W pozycji bojowej, groznie na siebie patrzac, skapane w swietle niby-ksiezyca lwy groznie rycza, przyprawiajac mnie o przeszywajacy do szpiku kosci dreszcz. Ten obraz na zawsze pozostanie w mych wspomnieniach z wizyty w Singapurze. W koncu Singapur znaczy Lwie Miasto... Singapurskie wiezowce ![]() Singapur noca, z przodu niby najwieksza fontanna swiata ![]() Czego nie wolno w singapurskim metrze? ![]() A gdzie Singapurczyk szuka kontaktu z przyroda? W oceanarium! ![]() W ptasim parku! ![]() I oczywiscie w zoo! ![]() asia-blogtrotter 2005-04-23 13:06:50 skomentuj (2) Malezja i Singapur Wyplazowani, wyplywani i opaleni ruszamy w dalsza droge - do Malezji, na wyspe Penang. Tu zamierzamy wyrobic sobie dwumiesieczne indonezyjskie wizy. Wize miesieczna mozemy dostac na granicy, ale jesli zalezy nam na dluzszej, musimy sie o nia starac w ambasadzie. Od czasu, gdy w Indonezji nastal nowy prezydent, nie tak latwo o dluzsza wize - po pierwsze trzeba dostarczyc fure dokumentow, po drugie i tak wszystko zalezy od widzimisie konsula. Lindzie na przyklad powiedziano, ze nie dostanie wizy dwumiesiecznej, a gdy juz nabyla bilet na samolot, udala sie do ambasady odebrac paszport i okazalo sie ze jednak dostala wize dwumiesieczna. Gdy zapytala czemu, dowiedziala sie, ze to dlatego, ze ma piekne oczy. Inni turysci, ktorzy ubiegali sie o wize w tym samym czasie co Linda, nie mieli tak pieknego spojrzenia. A Linda miala juz bilet powrotny o nieprzesuwalnym terminie, wiec nic jej z pieknych oczu nie przyszlo. W trakcie, gdy konsul rozmysla nad naszymi dokumentami i / albo nad naszymi oczami, my objezdzamy Penang motorkiem. Zajmuje nam to caly dzien, a cztery litery (a precyzyjniej rzecz ujmujac - osiem liter) przyrastaja nam do siedzenia. Ale pieknie jest, jak to tylko na motorze, czy skuterze moze byc - predkosc, slonce, wiatr we wlosach, po obu stronach jezdni bujna, soczysta zielen, w oddali szumi morze. Dzielnica drapaczy chmur. W drapaczach luksusowe hotele. I znowu morze. Zagladamy do ogrodu botanicznego. W ogrodzie najbardziej rzucaja sie w oczy tablice informujace, czego nie wolno robic i jaka kara grozi za zlamanie zakazu. To przedsmak Singapuru, tam podobno takie tablice przypominajace jak powinien postepowac praworzadny obywatel, a jak zle skoncza niesubordynowane indywidua, znajduja sie na kazdym rogu. Przechadzka po tym sympatycznym parku przypomina, ze Malezja to kraj, w ktorym z przestepcami sie nie zartuje. Handel narkotykami obowiazkowo karany jest smiercia, podobnie jak niektore inne powazne przestepstwa. Wiele przestepstw karanych jest batami i wiezieniem. Bywa nawet, ze skazanemu na smierc przed egzekucja wymierza sie pare batow na pozegnanie... Po tych budujacych refleksjach nad praworzadnoscia opuszczamy park i wracamy na nasz motor. Mijaja nas inni zmotoryzowani, w tym liczne kobiety. W chustach na glowach i wlozonych na nie kaskach wygladaja dosyc zabawnie. Malezja to pierwszy kraj muzulmanski, jaki mam okazje odwiedzic, w ktorym mezczyzni, ze sie tak wyraze, nie maja najmniejszych nawet probemow z rekami. Nawet ich oczy nie sa rozbiegane, jak to gdzie indziej bywalo. Po prostu wiedza jak sie zachowac, az nie moge sie nadziwic. Tutejsze kobiety maja zakryte nogi, a czesto tez i rece (chociaz wiele z nich ma na sobie luzne T-shirty). Wiekszosc z nich, choc nie wszystkie, ma na glowach chusty. A ja chodze ubrana w spodnice i dosc dopasowana koszulke z symbolicznymi rekawkami. Niektore inne turystki biegaja w koszulkach na ramiaczkach i mini-spodniczkach i rowniez nie stanowi to problemu. Konsul w Penang okazal sie nie byc jednak tak wybredny. Po dostarczeniu wszystkich dokumentow (w tym kserokopii dwudziestu czekow podroznych) oboje dostajemy 60 dniowe wizy do Indonezji. Teraz mozemy juz tam jechac, ale wczesniej wpadniemy jeszcze na dni kilka do Singapuru. asia-blogtrotter 2005-04-23 12:36:41 skomentuj (1) Tajlandia Bangkok wita nas jedwabiscie gladka jezdnia, po ktorej szokujaco bezglosnie sunie nasza taksowka. Jedziemy na Khao San Road, najbardziej turystyczna ulice Bangkoku. Z wielkich plakatow na rondzie powaznie spogladaja na nas tajski krol i krolowa. Mijamy buddyjskie swiatynie o strzelistych zlotych dachach. Znajdujemy obskurny, acz nedrogi hotel. Maly pokoik z koedukacyjnymi lazienkami na koncu korytarza. Jakos tak sie dziwnie sklada, ze ilekroc Marek udaje sie pod prysznic, spotyka Tajke, ktora na jego widok zrzuca spowijajacy jej cialo recznik i w stroju Ewy majestatycznie wkracza do kabiny prysznicowej. Dziwnym zbiegiem okolicznosci ja jakos nigdy nie moge jej spotkac, az sie zastanawiam, czy z powodu upalow Marek nie padl ofiara halucynacji... W Bangkoku opijamy sie pysznymi lodowymi shakami i lodami - tu juz lod nie jest grozny, wiec odreagowuemy dlugie miesiace lodowej abstynencji. A lejacy sie z nieba zar jeszcze podsyca lodowy lust... Leniwie spedzamy tu kilka dni, krazac medzy kawiarenkami internetowymi, turystycznymi sklepikami i shakodajniami. Po drodze do Laosu jeszcze tu zajrzymy, moze wtedy udamy sie na porzadny rekonesans. Tym razem nasze rozpoznanie terenu ogranicza sie do Khao San Road. A po krotkiej wizycie w Bangkoku czas na legendarne tajskie plaze. Noca przemieszczamy sie w strone morza ekstremalnie wygodnym autobusem. Jest tak wygodny, ze az mi szkoda spac. Rano przesiadamy sie jeszcze do malego busika, a potem do jeszcze jednego, ktory ostatecznie zabiera nas do docelowej miejscowosci. Znajdujemy tani, czysciutki pokoik, w ktorym w dodatku codziennie sprzataja, przynosza czyste reczniki, wode do picia... A na lozku rozrzucaja platki czerwonych roz... Piekne turkusowe morze, basniowo przejrzysta woda, piaskowe plaze, palmy, palmy i piekne skaly, wznoszace sie tu i owdzie znad brzegu, jakby specjalnie ktos je tu postawil, zeby bylo jeszcze ladniej. Dzien po dniu plywamy na dlugie wycieczki snorkelingowe. Lodz zabiera nas od plazy do plazy, a czasami zatrzymuje sie tez z dala od brzegu... Wszyscy wycieczkowicze zwawo przyodziwaja maski z rurka i jeden po drugim chlups! chlups! do wody! Podziwiac podwodny swiat! Jakie to piekne widoki! Ale i wpatrujacy sie w podwodne zycie sami stanowia calkiem ciekawy widok. Wygladaja jak stado dziwnych, nieco niezgrabnych wodnych stworzen, co leniwie tlocza sie wokol zakotwiczonej lodzi. A najladniejsze sa oczywiscie rybki. Kolorowe jak w filmach dla dzieci. Az sie zastanawiam po co. Nie mozna powiedziec, zeby byly to kolory maskujace. Nie sadze rowniez, by matka natura stworzyla je takie kolorowe dla naszej ludzkiej uciechy. Moze Krysia-biolog, nasza oddana przyjaciolka, potrafi mi wyjasnic, dlaczego? Krysiu, jesli potrafisz, odezwij sie! Ciekawosc pali me trzewia! Najbardziej zwraca na siebie uwage kredka. To robocza nazwa licznie wystepujacego w tutejszych wodach gatunku. Kredki wygladaja, jakby dzieci pokolorowaly je kredkami. Ich barwy sa niewiarygodnie nienaturalne - polaczenie rozu Barbie i z seledynem prywatnego gabinetu stomatologicznego, turkusu i fioletu z kompletu dzieciecych flamastrow, czasem tez zlocistego bezu. Kredki ponadto wsrod innych rybek plytkich wod wyrozniaja sie niebagatelna wielkoscia. Jednym z moich ulubionych snorkelowych zajec jest plywanie za upatrzona kredka. Nie wymaga to wielkiego wysilku - kredka niczym krowka, czy kozka, co chwila sie zatrzymuje i obskubuje kamienie. Szuru-buru, szuru-buru. Tym nie rozni sie specjalnie od innych podwodnych rybek. Moze tylko szura troche glosniej. Niektore szczegolnie obrosniete glonami skaly wygladaja jak podwodne pastwiska - tlum roznobarwnych rybencji spokojnie, acz z wytrwale skubie. Do uszu obserwatora z rurka dochodzi jeno szuranie. A kiedy sie troche zmeczylismy snorkelowaniem, mozemy sobie polezec na plazy, przy ktorej akurat jestesmy. Pierwszego dnia spalam sobie doszczetnie spod nog. A przeciez uwazalam! Od razu po wyjsciu z wody wysmarowalam sie kremem z faktorem 25. Tylko dwadziescia minut i zegnaj skoro! Witajcie bable! W Indiach to slonce jakies bylo lagodniejsze. Przed tym tutaj to chyba po prostu jedynym zabezpieczeniem jest ubranie. W polowie dnia oddajemy sie konsumpcji lunchu, w czym usiluja uczestniczyc plazowow-skalne malpy. Na widok jedzenia schodza ze skal. Porywaja pudelka z resztkami ryzu i kurczaka. Jedna dobiera sie do naszej butelki z woda. Trzeba przyznac, ze robi to fachowo, zaczyna od rozgryzania zakretki. Przepedzamy ja jednak ratujac nasza wode. W taki to upojny sposob spedzamy 3 dni. Codziennie plywamy na snorkelowe wycieczki, za kazdym razem gdzie indziej. Tyle tu pieknych snorkelowisk. Odwiedzamy plaze, na ktorej nakrecono film "The Beach". Marek, zagorzaly wielbiciel tego filmu, przezywa rozczarowanie - woda jest za plytka, a laguna nie jest calkowicie ogrodzona skalami, jak to wygladalo na filmie. Czyli pic na wode i fotomontaz. Wieczory spedzamy razem z para Polakow, ktorych poznalismy pare miesiecy temu w Kathmandu; od jakiegos czasu mieszkaja w Ao Nang. Byli tu rowniez, gdy wybrzeze Tajlandii zmyla fala tsunami, ale na szczescie akurat przebywali daleko od plaz. Tu tsunami wdarlo sie duzo dalej wglab ladu, niz w Indiach. Ao Nang jest co prawda troche osloniete duzymi skalami porozrzucanymi tu i tam, daleko od brzegu, dzieki czemu fala tsunami zostala troche rozbita, zanim dotarla do plaz. Dzisiaj w Ao Nang juz wlasciwie nie widac sladow tsunami, chociaz w restauracji, w ktorej goscimy ktoregos wieczora nie ma kilku scian dzialowych, ktore jeszcze niedawno tu byly... Na jednej z naszych snorkelowych wycieczek przeplywamy za to kolo wyspy Phi Phi. Jako ze wiekszosc hoteli i plaz na Phi Phi znajduje sie na dosc waskim pasie ladu, a z obu stron oczywiscie jest morze, tsunami uderzylo tu z dwoch stron, siejac straszliwe spustoszenie. Prace porzadkowo -remontowe trwaja tu, jak sie zdaje, dzien i noc, przy brzegu wlasnie stoja dwa wielkie statki-zlomowiska-smietniska, na ktore wielka kopara caly czas dorzuca kolejne resztki hoteli i smieci. A to juz dwa miesiace po tsunami. Podobno na Phi Phi caly czas odnajdywane sa kolejne ciala ofiar. Z daleka widac uszkodzone budynki, krajobraz wciaz troche jak po wojnie. Jednak w Ao Nang porozklejane sa ogloszenia, ze wlasnie ponownie otwarto na Phi Phi luksusowy hotel. Goscie oczekiwani sa z niecierpliwoscia. Bangkok: turystyczna Khao San Road ![]() Bangkok: Sciana placzu - to tu wisza informacje o zaginionych po tsunami oraz o odnalezionych niezidentyfikowanych ![]() Bajkowe plaze Tajlandii ![]() Przejrzyste, szmaragdowe, tajskie morze ![]() Plaza z fimu "The Beach" ![]() asia-blogtrotter 2005-04-23 12:23:27 skomentuj (2) Z Bimanem przez swiat - ciag dalszy wielkiej przygody. Przyszedl czas pozegnac sie z Mianmarem. Lecimy do Bangkoku. Jak juz wczesniej wspomnialam, naszymi ulubionymi liniami lotniczymi oczywiscie - Biman Bangladesh Airlines. Poczatkowo nasz lot planowany byl na wczesne popoludnie. Jednak kiedy dwa dni przed odlotem dzwonimy, zeby potwierdzic rezerwacje naszych biletow, okazuje sie, ze godzina odlotu zostala przesunieta na osiemnasta z minutami. - We don't have many airplanes. Biman is not a rich airline.- tak przekonujaco uzasadnia te zmiane agent w biurze Bimanu. A Linda, ktora potwierdzala swoj bilet pare dni wczesniej, w ogole nie wiedziala o tej zmianie i gdyby nie my, spedzilaby na lotnisku caly bozy dzien... W takiej sytuacji jest wielu pasazerow, ktorzy za wczesnie potwierdzili swoje bilety i nie mieli szczescia przyjaznic sie z nami... Gdy docieramy na lotnisko okazuje sie, ze zaskoczeni sa rowniez pasazerowie lecacy tego wieczora do Dhaki w Bangladeszu - polecimy bowiem razem jednym samolotem, najpierw wszyscy do Bangkoku, a potem do Dhaki, czyli zupelnie jak do Zakopanego przez Suwalki. Jako ze samolot jest jeszcze opozniony o kolejnych kilka godzin, pasazerowie ci wyladuja w Dhace kolo trzeciej w nocy. Spedzamy wiec cale popoludnie na lotnisku i w okolicach. Niektorzy sie przechadzaja, niektorzy ida na piwko w barze po drugiej stronie ulicy, Linda rozklada sie na malo uczeszczanym korytarzu i spokojnie zapada w gleboki sen... Kolo osmej agent Bimanu biega od lotniska do baru i spowrotem, informujac wszystkich pasazerow, ze w lotniskowej restauracji czeka na nas kolacja. Pozniej spedzamy jeszcze z poltorej godziny w poczekalni... Dzieki temu milemu popoludniu i wieczorowi zorganizowanemu dla nas przez Biman lepiej poznajemy wspolpasazerow. Ja i Linda zaprzyjazniamy sie z wlascicielka mieszczacej sie w Londynie restauracji z tradycyjnym mianmarskim jedzeniem; kiedy bedziemy w Londynie, mamy ja koniecznie odwiedzic. Podrozuje razem z pochodzaca z Bangladeszu synowa. Poznajemy tez pochodzacego z Meksyku starszego pana o niezwykle barwnym zyciorysie; nie mamy co prawda pewnosci, ktore elementy jego zyciorysu sa prawdziwe, a ktore zmyslone... Jednak, podobnie jak my starszy pan interesuje sie Buddyzmem, a ostatnich kilka miesiecy spedzil w birmenskim klasztorze i dzieki niemu mozemy sie troche wiecej dowiedziec na temat praktyki Buddyzmu w tej tradycji. Wreszcie kolo dziesiatej samolot startuje. Na ekranie pojawia sie znane nam z poprzedniego lotu nagranie muzulmanskiej modlitwy za podroznych "Allah Mohan - Allah jest wielki..." i widze, jak to czlowiek, czyli ja, lubi koloryzowac. Modlitwa trwa moze ze dwie, trzy minuty, a nie jakies pietnascie, jak opisalam to w jednej z poprzednich relacji... Za oknami ciemno, nawet ksiezyca nie widac. Ale w koncu z egipskich ciemnosci wylaniaja sie swiatla Bangkoku. Chyba bedziemy ladowac. A na zakonczenie, maly dreszczyk przy odbiorze bagazu. Do pustego pasa transmisyjnego podbiega mila pani z obslugi lotniska i oznajmia, iz z jakiegos powodu, w bagazniku samolotu jest tylko osiem sztuk bagazu. Uff! Nasz bagaz to dwie z tych osmiu sztuk, plecak Lindy to trzecia. Ale mily, wasaty pan z Izraela nie mial juz tyle szczescia... asia-blogtrotter 2005-04-23 12:09:55 skomentuj (0) |
nasi znajomi Marta w podrozy nasza podróż Pawel z Varkali spojrz Marka oczami nasza trasa Kasia z Goa Bartek z Iranu kopia zapasowa moj adres: joasiag@poczta.fm |
|
|